Galeria zdjęć

    Jachtowy kapitan żeglugi wielkiej Krystyna Chojnowska-Liskiewicz jako pierwsza kobieta na świecie opłynęła dookoła kulę ziemską - samotnie jachtem żaglowym. Choć z urodzenia warszawianka (15.07.1936), a od czasów studenckich (Politechnika Gdańska, Wydział Budowy Okrętów) gdańszczanka, to dla wielu była i pozostanie ostródzianką.

     To tu, w mieście nad górną Drwęcą, młoda Krystyna uczęszczała do szkoły podstawowej i liceum, a na wodach Jeziora Drwęckiego uczyła się trudnej sztuki jachtowego żeglowania. W Ostródzie żyli do swej śmierci i zostali tu pochowani jej rodzice.

     Tak więc „ostródzianka” Krystyna Chojnowska-Liskiewicz jest Honorowym Obywatelem Miasta Ostróda oraz Członkiem Honorowym Klubu Żeglarskiego OSTRÓDA.

 

Krystyna Chojnowska-Liskiewicz. Nadanie honorowego obywatelstwa kpt. Krystynie Chojnowskiej-Liskiewicz w dniu 1 maja 2004 r. na ostródzkim Zamku

Uroczysta sesja Rady Miejskiej w Ostródzie na ostródzkim Zamku w dniu 1 maja 2004 r. – w związku z wejściem Polski do Unii Europejskiej. W trakcie uroczystości podjęto uchwałę o nadaniu honorowego obywatelstwa Miasta Ostródy Pani Krystynie Chojnowskiej-Liskiewicz. Obok honorowej obywatelki stoją: ówczesny burmistrz Ostródy Jan Nosewicz i przewodniczący Rady Miejskiej Stanisław Bieliński (źródło: zbiory Urzędu Miejskiego w Ostródzie)

 

    Okazuje się przy tym, że miasto Ostróda - jak zapewne żadne inne - może rościć sobie „prawa” do szczycenia się tak znamienitą osobistością. Pani Krystyna Chojnowska-Liskiewicz jest honorowym obywatelem niejako „podwójnie” (!), gdyż tuż po zakończeniu samotnego rejsu wokół globu, Miejska Rada Narodowa w Ostródzie dnia 28 kwietnia 1978 r. nadała honorowe obywatelstwo Pani Kapitan. Druga uchwała z 2004 r. powinna zatem zadowalać kontestatorów czasów PRL…

 

Krystyna Chojnowska-Liskiewicz. Miasto Ostróda. Honorowe Obywatelstwo Krystyny Chojnowskiej-Liskiewicz z 1978 r.

Fotografia pisanego na skórze „Aktu nadania” honorowego obywatelstwa z kwietnia 1978 r. W podpisach ówczesny Naczelnik Miasta Ostródy Leszek Kenig oraz Przewodniczący Miejskiej Rady Narodowej Andrzej Smoliński (źródło: prywatne zbiory Państwa Liskiewiczów)

 

Będzie nazywał się „Mazurek”

    Swego wiekopomnego wyczynu dokonała na jachcie s/y „Mazurek”, pomiędzy 28 marca 1976 r. a 21 kwietnia 1978 r. Tak opisuje historię nadania imienia jednostce żeglarka, w książce Pierwsza dookoła świata:

     „Do ramowo zaplanowanej trasy pasował „Conrad 32” (…) „Conrad 32” miał być projektowany na kadłubie jachtu, którego prototyp nosił imię „Szmaragd”. W czerwcu 1975 roku nie istniał nawet projekt przyszłego „Mazurka”. Zespół Biura Konstrukcyjnego Stoczni im. Conrada przystąpił do pracy pod kierownictwem mojego męża (…)

     „Conrad 32” obrastał w urządzenia na pokładzie i we wnętrzu. Chwilami odnosiłam wrażenie, że pracuje na nim połowa „stanu osobowego” zakładu. Czas najwyższy, żeby mój jacht przestał być bezimienny. Port macierzysty był dla mnie sprawą oczywistą – tylko Gdańsk. Jacht urodził się w Gdańsku (…)

     Jeśli chodzi o nazwę, nie miałam żadnych pomysłów. Wiedziałam tylko, że powinna kojarzyć się z Polską i łatwo, bez przekręcania czytać w innych językach. Jednocześnie nie chciałam, żeby to była nazwa pompatyczna. Mały jachcik powinien nazywać się ładnie i prosto.

 

Samotny rejs dookoła świata. MAZUREK i kpt. Krystyna Chojnowska-Liskiewicz w kwietniu 1978 r. na wysokości Las Palmas

Krystyna Chojnowska-Liskiewicz na jachcie s/y „Mazurek” w kwietniu 1978 r., na wysokości Las Palmas, po zamknięciu okołoziemskiej pętli (autor: Jan Morek)

 

    Polskie Radio ogłosiło konkurs, w jury byli również przedstawiciele PZŻ. Z ciekawością oczekiwałam rezultatów. Moje gusty uwzględniono całkowicie. Z wielu propozycji wybrano pięć, ostateczną decyzję pozostawiając kapitanowi.

      Moją uwagę zwróciła natychmiast ta jedna: „Mazurek”. Spełniała wszystkie założenia i była dobrą wróżbą na przyszłość. Swoją rundę dookoła świata wykonał już „Polonez” (kapitan Krzysztof Baranowski, pomiędzy czerwcem 1972 r. a kwietniem 1973 r. – przypis C.W.). Teraz, mniejszymi kroczkami, ma ją wykonać „Mazurek”. Będzie się więc nazywał „Mazurek”. „Conrad 32” nr 1 przestał być bezimienny.”.

      Uwaga:

   Oczywiście słowo „mazurek” może mieć wiele znaczeń i odniesień. W tym konkretnym przypadku do polskiego tańca narodowego, może hymnu, zapewne do twórczości Chopina. Jednak nie można zabraniać posiadania skojarzeń i czynienia odniesień do krainy jezior – Mazur…

 

Ciotka Filemona to wywróżyła

Rozmowa olsztyńskiego redaktora radiowego Wojciecha Ogrodzińskiego z Krystyną Chojnowską-Liskiewicz, przeprowadzona w Gdańsku, 12 marca 2008 r. Tekst pochodzi z książki „Krystyna Chojnowska-Liskiewicz. Pierwsza dookoła świata” (reprint – Retman Dąbrówno, Ostróda 2008).

 

     Wojciech Ogrodziński: - Powinniśmy się spotkać 30 lat temu (w 1978 r., w momencie ukończenia rejsu – przypis C.W.). Wówczas jednak rozmawiałem z Pani rodzicami. Dziś zastanawiam się, kto naprawdę był bohaterem reportażu: Pani, czy rodzice? Czy ma Pani świadomość tego, co zafundowała im Pani swoim samotnym rejsem?

      Krystyna Chojnowska-Liskiewicz: - Tata miał jeszcze bardzo ogólne wyobrażenie co to może być, mama nie miała w ogóle pojęcia. Bardzo dobrze zresztą, bo gdyby wiedziała jak wygląda żeglarstwo pełnomorskie, jak to wygląda kiedy jest się na jachcie samemu, bardzo ciężko by to przeżyła i straszliwie by się bała. Już po powrocie powiedziała, że gdyby wiedziała więcej, to by się nie zgodziła. Nie uświadamiałam jej, że byłam już w takim wieku, w którym nikt mi nie mógł niczego zakazać ani narzucić.

 

Krystyna Chojnowska-Liskiewicz. Złote Gody Państwa Chojnowskich w 1985 r. w ostródzkim USC

Złote Gody. Jubileusz 50-lecia ślubu Państwa Kazimiery i Juliusza Chojnowskich w ostródzkim Urzędzie Stanu Cywilnego w 1985 r. Po lewej córka Krystyna i zięć Wacław Liskiewicz (źródło: zbiory Urzędu Miejskiego w Ostródzie)

 

     WO: - Pomówmy o Ostródzie. Mama chyba w najskrytszych myślach nie przypuszczała, że trafi tutaj.

    KCh-L: - Tak. I przez wiele lat była strasznie z tego niezadowolona. Nieustannie sobie wyobrażała, że musi wrócić do Warszawy. Nie zdawała sobie sprawy, że nie ma właściwie do czego wracać. Myślała o tym, bo słyszała, że jakiś iksiński jednak do Warszawy wrócił. Jak się jednak taka okazja nadarzyła, że mogła wrócić do Warszawy, to się nie zgodziła.

    Natomiast mnie w Ostródzie było zdecydowanie lepiej niż w Warszawie. Dla mnie Warszawa to była albo koszmarna okupacja, albo jeszcze bardziej koszmarne powstanie warszawskie. A w Ostródzie było ładnie, była woda, były lasy. Było spokojnie i nie było wojny. Mama pewnie odbierała to inaczej.

    Na pewno była okazja powrotu, kiedy ojcu zaproponowano by kandydował na posła. Już nie pamiętam z jakiej organizacji, ale takiej, w której byli rzemieślnicy. Gdyby kandydował, to pewnie zostałby posłem. Ale ojciec nie chciał. Uważał politykę za rzecz paskudną. Mama też nie chciała by został posłem. Być może uważała politykę za rodzaj choroby.

    Tata więc nie chciał świadomie, a mama na wszelki wypadek. A potem końmi jej z Ostródy nie można było wyciągnąć. Nawet na krótko.

 

     WO: - Ostróda była dziełem przypadku czy wyboru?

  KCh-L: - To nie był przypadek. Ojciec po powrocie z obozu, a wracał długo, bo uciekł z transportu niemieckiego, znalazł się w Ciechanowie. My z mamą dotarłyśmy tu wcześniej. Też po wędrówkach i przygodach. Mama miała tu rodzinę. Miała brata, macochę. Teoretycznie było tu gdzie mieszkać, był duży dom. Poza tym był to jeden z tych adresów, pod którym ojciec miał nas szukać po wojnie. No i ojciec wrócił do Ciechanowa. Najpierw próbował coś robić. Był fryzjerem, ale nie miał pieniędzy na otworzenie zakładu. Ze szwagrem, który był cukiernikiem, wpadli na pomysł, żeby produkować lody. Ojciec zarobił trochę pieniędzy.

     W Państwowym Urzędzie Repatriacyjnym powiedzieli mu, że może pojechać na tzw. ziemie odzyskane i że tam łatwiej będzie coś otworzyć, niż w Ciechanowie. Ojciec pojechał do Olsztyna. Olsztyn mu się szalenie podobał, tylko okazało się, że wszystkie lokale nadające się na zakłady fryzjerskie są już zajęte. Tata uznał, że nie będzie u nikogo pracował, a w PURze powiedzieli mu, żeby spróbował w Ostródzie.

     Ojciec pojechał, okazało się, że jest do wzięcia wspaniały zakład przy najgłówniejszej ulicy. Wprawdzie nie było w nim drzwi i okien, a w środku żadnego wyposażenia, ale lokal był przystosowany do potrzeb zakładu fryzjerskiego, więc ojciec z entuzjazmem zabrał się do roboty. Po miesiącu przyjechał po nas do Ciechanowa.

 

Krystyna Chojnowska-Liskiewicz. Ostródzka ulica Mickiewicza przed wojną i zakład fryzjerski J. Chojnowskiego po wojnie

Po lewej - „najgłówniejsza” ulica w Ostródzie (z urzędem pocztowym), dawna Wasserstrasse, współcześnie Adama Mickiewicza, w pierwszej połowie lat 30. XX w. Po prawej – zakład fryzjerski Juliusza Chojnowskiego przy tejże ulicy, niewiele ponad 10 lat później (źródło: zbiory Muzeum w Ostródzie)

 

      WO: - Pamięta Pani swoje pierwsze wrażenia w Ostródzie?

     KCh-L: - Pamiętam dwa. Pierwsze związane z przyjazdem. Przyjechałyśmy wieczorem jakimś koszmarnym pociągiem. Ojciec zaprowadził nas do mieszkania, rzekomo tymczasowego. Było w takim stanie, że włos się jeżył na głowie. Miało jedną zaletę. Mieściło się naprzeciwko zakładu. Mama była oburzona, mnie było wszystko jedno. Wprawdzie była szansa na piękne mieszkanie przy 1 czy 3 Maja, dziś Jana Pawła II, ale mama powiedziała, że sama z dziećmi tak daleko od zakładu nie zamieszka. Więc zostaliśmy w tym dziadostwie.

      Natomiast drugie wrażenie ma charakter najzupełniej osobisty. W tym miejscu jest teraz park. Wtedy leżała tam nieprawdopodobna sterta piasku. Poszłam tam i zaczęłam robić babki w tym piasku. Poczułam się niewiarygodnie szczęśliwa. Spokój, bo cisza i nic nie jeździło po ulicach, zresztą: co miało jeździć. Pogoda boska, koniec czerwca. Piękne jezioro. 

  Po doświadczeniach wojennych w Warszawie cisza była dla mnie czymś najcudowniejszym. Po warszawskich gruzach tutejsze zniszczenia nie robiły nie mnie większego wrażenia. Ostródą byłam oczarowana. To było cudowne miasto. Martwiło mnie tylko, że zamek był zniszczony.

 

Wojenne zniszczenia Ostródy. Ruiny starego miasta. Widok ostródzkiej Starówki w 1945 r. od strony ul. Drwęckiej

W porównaniu z Warszawą ten obraz nie robił wówczas wrażenia. Widok ostródzkiej starówki od strony ulicy Drwęckiej w kierunku Fontanny Trzech Cesarzy i Ratusza, po przejściu Armii Czerwonej w 1945 r. Zakład fryzjerski Juliusza Chojnowskiego znajdował się w okolicach przeciwległego skraju starego miasta (źródło: fotopolska.eu)

 

     WO: - A kiedy zaczęło się żeglarstwo?

    KCh-L: - Myślę, że w dziesiątej klasie. W Ostródzie były wtedy chyba dwie przystanie. Jedna koło młyna i olejarni. Nie pamiętam jak się nazywała. Liga Morska jeszcze, czy już Liga Przyjaciół Żołnierza.

     WO: - Zaczynała Pani pewnie jak wszyscy: od pracy przy łódkach?

     KCh-L: - Oczywiście. Zresztą uważam, że to najlepsza szkoła żeglowania. Żeglarstwo polegające na tym, że się wsiada na jacht jak na statek lub do autobusu, to nie jest żeglarstwo. Zajęcia remontowo-naprawcze służą nauce z czego się to "pływadło" składa i jak działa. Poza tym sprzęt, przy którym człowiek pracuje, bardziej się szanuje. Miałam tam jedną, a potem dwie koleżanki. I mnóstwo kolegów. To było szalenie sympatyczne towarzystwo.

 

Szlak Kanału Oberlandzkiego. Przedwojenne przystanie w Ostródzie na północ od ujścia Drwęcy

Przedwojenne widoki okolic ujścia Drwęcy do Jeziora Drwęckiego i nabrzeży z przystaniami Gimnazjalnego Klubu Wioślarskiego oraz Ostródzkiego Klubu Wioślarskiego. Tuż po wojnie przystanie zostały zaanektowane przez ostródzkich żeglarzy. Współcześnie w tym miejscu znajduje się wyciąg nart wodnych, plac zabaw i amfiteatr (źródło: zbiory Muzeum w Ostródzie)

 

     WO: - A sprzęt?

    KCh-L: - To były dwie DZ-ty i jeden bączek. Nic więcej za moich czasów nie było. Szkolenie przeszłam więc na dezetach i na bączku. Wszak Liga Morska była organizacją paramilitarną i przygotowywała przyszłych marynarzy i nie wypadało szkolić ich na innym sprzęcie niż dezety.

     WO: - Pierwszy papier żeglarski?

     KCh-L: - To był patent żeglarza. Kto wie czy nie żeglarza śródlądowego, bo potem to się kilka razy zmieniało. Z moim pływaniem był jeden problem. Mama nie trawiła, abym przepadała na dłużej niż do obiadu. Nie pomagało żadne tłumaczenie. O drugiej musiałam być w domu. W związku z tym nie udawało mi się pływać zbyt daleko. Koledzy robili wspaniałe rejsy na wyspę albo do Piławek, a nawet przez śluzę na Szeląg. Ja im zazdrościłam, ale byłam bez szans.

 

Szlak Kanału Elbląskiego. Żeglarstwo na Jeziorze Drwęckim. Łódź DZ-ta na Jeziorze Drwęckim w 1954 i 1961 r.

Wiosłowo-żaglowa łódź szalupowa typu DZ (Dezeta) na wodach Jeziora Drwęckiego. Po lewej - w 1954 r. Po prawej – w 1961 r. (źródło: zbiory K. Bielawskiego oraz fotopolska.eu)

 

    W niedzielę to w ogóle była katastrofa. Tata szedł do kościoła na ósmą, bo śpiewał godzinki. Ja na dziewiątą. O dziesiątej było śniadanie. Potem tata, jak na kapitalistę przystało, robił rachunki w zakładzie. O drugiej był obiad, a po obiedzie jedyne co było można, to elegancko ubraną wyjść z rodzicami na spacer.

      O żeglowaniu w niedzielę nie było więc co marzyć. W dni powszednie, nawet w czasie wakacji, też nie było łatwo.

 

     WO: - Po maturze był Gdańsk?

    KCh-L: - Tak. Ale chciałam się najpierw zapisać w Gdyni do LPŻ, tak jak w Ostródzie. Powiedziano mi tam jednak, że nie ma mowy, że dla studentów jest AZS. AZS miał sekcję żeglarską, no i tam zaczęła się na prawdę przygoda żeglarska. Tam dopiero trzeba się było przy jachtach narobić. Wszystkie z demobilu albo wyciągnięte ze śmietnika.

 

Krystyna Chojnowska-Liskiewicz. Współczesne LO i powojenne LO w Ostródzie - absolwentka Krystyna Chojnowska-Liskiewicz

Po lewej - absolwentka ostródzkiego Liceum, Krystyna Chojnowska-Liskiewicz podczas uroczystości obchodów 100-lecia budynku obecnej szkoły, we wrześniu 2007 r. Jednak tuż po wojnie siedziba LO znajdowała się w budynkach obecnej Szkoły Podstawowej Nr 1 przy ulicy S. Pieniężnego. Po prawej – widok SP 1 przed remontem generalnym. Tam też Pierwsza Dama Oceanów uzyskała świadectwo maturalne (źródło: C. Wawrzyński oraz ostpreussen.net)

 

     WO: - Pani Krystyno. Ma Pani w ręku pierwszy papier żeglarski i kontakt z morskim klubem. Czy wówczas myślała Pani, że żeglarstwo może stać się przepustką w świat?

     KCh-L: - Nie. Ale ten papier był wtedy bardzo ważny. Bez niego nie można było żeglować. Poza tym osoby, które nie miały żadnych uprawnień, miały bardziej utrudnione życie na jachcie niż te, które miały jakieś udokumentowane kwalifikacje. O tym, że dzięki temu będę miała kiedyś możliwość odbycia wycieczki dookoła świata nawet nie myślałam.

    Natomiast pamiętam przepowiednię ciotki. To było jeszcze w latach 40. Przyjechała do nas najstarsza siostra mojego ojca. Była to mocno starsza pani, bo ona była najstarsza, ojciec najmłodszy, a było ich dziesięcioro. Ciotka była osobą, powiedzmy, mocno kontrowersyjną. Zajmowała się na przykład wróżeniem. Nie zawodowo, traktowała to jako hobby. W rodzinie była znana jako dobra wróżka. Ojciec twierdził, że wywróżyła mu powstanie i obóz.

    I nie wiem, to jest prawdopodobnie przypadek, ale mnie wywróżyła, że będę miała wielkie sukcesy na wodzie. Mama popukała się w czoło i powiedziała, że Filomena głupstwa plecie. Ja to zapamiętałam, bo patrząc na jezioro w Ostródzie pomyślałam, że ciotka jak zwykle bajki opowiada.

 

Krystyna Chojnowska-Liskiewicz. Samotny rejs dookoła świata. Strony tytułowe książki "Pierwsza dookoła świata" z 1979 i 2008 r.

Dowód na prawdziwość przepowiedni ciotki Filomeny. Książka opisująca okołoziemski rejs Krystyny Chojnowskiej-Liskiewicz. Po lewej – strona tytułowa wydania „Pierwszej dookoła świata” z 1979 r. Wydawnictwa Morskiego w Gdańsku. Po prawej – reedycja Urzędu Miejskiego w Ostródzie z 2008 r., z okazji 30-lecia ukończenia rejsu (źródło: archiwum autora)

 

   WO: - Czy jest w Pani życiu moment, w którym poczuła Pani, że jest żeglarzem? A żeglarstwo jest najważniejszą rzeczą w życiu.

      KCh-L: - Nigdy tak nie było. Owszem, lubiłam żeglować. Ale to nigdy nie była najważniejsza sprawa. To było coś równoległego obok normalnego życia i pracy zawodowej.

     Ja byłam na wydziale budowy okrętów. Zdawało nas tam 480 osób, przyjęto 200. Trzeba więc było się nieco napocić, żeby się na te studia dostać. A potem zaczęły się prawdziwe schody. Na pierwszym wykładzie prodziekan Staliński, widząc, że siedzimy na schodach, na stołach, powiedział: Proszę państwa, nie przejmujcie się. Codziennie będzie lepiej. Dlatego was tylu przyjęliśmy, żebyśmy mieli kogo wyrzucać.

      I dotrzymali słowa. Skończyło 80 osób.

   Obok lotnictwa to były wtedy najtrudniejsze studia w Polsce. Na pierwszym roku miałam 48 godzin obowiązkowych zajęć w tygodniu. Koledzy jeszcze więcej - 60, bo mieli studium wojskowe. Ja nawet chciałam się zapisać na zajęcia studium wojskowego, ale jego szef powiedział: Mowy nie ma. Będzie obóz na Helu, to co, przy twoim namiocie wartę postawimy? Na żeglarstwo wtedy naprawdę nie było czasu. To była znakomita odskocznia. Na jakiś czas, bo tam jest wolność. Ale zafascynowana byłam swoja pracą.

 

Krystyna Chojnowska-Liskiewicz. Wystawa o Krystynie Chojnowskiej-Liskiewicz na Politechnice Gdańskiej w kwietniu 2018 r.

Otwarcie wystawy poświęconej 40. rocznicy opłynięcia kuli ziemskiej przez kpt. Krystynę Chojnowską-Liskiewicz w gmachu głównym Politechniki Gdańskiej, w kwietniu 2018 r. Wystawa była okazją do spotkania koleżanki i kilku studyjnych kolegów (źródło: zbiory Biblioteki Politechniki Gdańskiej)

 

     WO: - Powoli jednak zdobywała Pani kolejne stopnie żeglarskie...

    KCh-L: - System stopni żeglarskich był tak pomyślany, że im wyższy miałam stopień, tym większe miałam szanse żeglowania. Żeglarza traktowało się per noga, a jak już ktoś miał sternika morskiego, to był poszukiwany. Oficerami na jachcie mogli być tylko posiadacze patentu sternika morskiego. W związku z tym trzeba było te stopnie robić. I ja je robiłam. Po to, żeby mieć stopień kapitana i żebym to ja decydowała gdzie chcę płynąć. Natomiast nie wyobrażałam sobie zamiany pracy zawodowej na żeglarstwo w zakresie zawodowym. To mi nawet przez myśl nie przyszło.

 

     WO: - Niektórzy traktują żeglarstwo zgoła metafizycznie. Mity, legendy, wspomnienia. O Wagnerze, braciach Ejsmontach. I ta perspektywa wolności, poznania świata. Musiała Pani mieć z tym do czynienia w tamtych czasach.

     KCh-L: - Teraz jest legenda, że nas stąd nie wypuszczali i przywiązywali za nogi. Sprawa była dwustronna. Trzeba było różnych kombinacji, żeby otrzymać paszport i zgodę na wyjazd. Ale dziś nikt nie jest w stanie wyobrazić sobie, jak trzeba było kombinować, żeby dostać wizy. Nas nie tylko nie chcieli wypuszczać. Nas nie chciano także wpuszczać.

    Postrzegano nas przecież jako kadrę rezerwową marynarki. Zwłaszcza kapitanów jachtowych. I to był problem. A poza tym pieniądze. Żeglarze oficjalnie mieli bardzo małe środki finansowe. 5 dolarów na osobę podczas rejsu. To też była bariera.

 

     WO: - Kiedyś pływaliśmy po Morzu Śródziemnym. Taurusem, z rodowodem peerelowskim. Znaleźliśmy na jachcie stary dziennik, a w nim zapiski kapitana z siedemdziesiątego któregoś roku, że w jakimś zachodnim porcie wydał załodze po 50 centów, aby mogli wysłać kartki do Polski.

      KCh-L: - Tak było. Załoga, która odbierała po te 5 dolarów na głowę, musiała włożyć przynajmniej połowę do kasy jachtowej. Bo mogły być jakieś nieprzewidziane wydatki. My jednak w ogromnej większości byliśmy wojennym dziećmi. Nie robiło więc to na nas większego wrażenia. Także zachodni koloryt. Mieliśmy co jeść, jachty w 99% były za darmo. Tak więc metodą trampa mogliśmy się po świecie przemieszczać.

     Problemem, jak mówiłam, były wizy. Kiedyś wracaliśmy ze Sztokholmu. Skończyły się wizy. Nie mogliśmy pójść do Visby na Gotlandii, gdzie bylibyśmy osłonięci. I cały czas do Gdańska szliśmy w sztormie. Innej załodze kończyły się wizy o północy. Nie mieli silnika, wiatru nie było. Poprosili aby pozwolono pozostać w Sztokholmie do rana. Gdzie tam. Szwedzcy policjanci poczekali w samochodzie i punktualnie o północy rzucili im cumy na pokład. I bujali się w środku Sztokholmu metr od nabrzeża. Do rana, kiedy przyszedł wiatr i mogli odpłynąć.

     Najlepiej w sumie traktowali nas Niemcy. Ale nie z NRD. Z RFN. Tamci z NRD to był koszmar. Najgorzej było w latach pięćdziesiątych. Do 56 roku były specjalne zezwolenia, nawet na pływania po Zatoce. W siedemdziesiątych było już łatwiej. Jeśli się miało dolary na koncie, to można je było zabrać w ilościach prawie dowolnych i przeznaczać na rejs.

 

   WO: - Pani Krystyno, kiedy postanowiła Pani stać się fragmentem historii polskiego i światowego żeglarstwa. Krótko mówiąc, kiedy zrodził się pomysł samotnego rejsu dookoła świata?

    KCh-L: - Pomysł zrodził się w roku 72, jak nasze jachty popłynęły po raz pierwszy w regatach przez Atlantyk. Płynęła wtedy na jachcie marynarki wojennej pani, która nazywała się Teresa Remiszewska. Widać się jej to spodobało, bo wymyśliła, że popłynie samotnie dookoła świata. Były takie próby. Próbowała Amerykanka, próbowała Austriaczka. Bez powodzenia. No i ta pani wybierała się przez trzy lata, popełniając przy tym błędy, które dziś nazywamy logistycznymi.

    Kiedy po trzech latach okazało się, że nie wiadomo kiedy się ten rejs rozpocznie i na czym, Polski Związek Żeglarski się zdenerwował. W obawie, że przepadną pieniądze przeznaczone w budżecie na ten cel.

 

Krystyna Chojnowska-Liskiewicz. Samotny rejs dookoła świata. Trasa rejsu jachtu MAZUREK wokół ziemskiego globu

Wokółziemska trasa jachtu „Mazurek” i jego Pani Kapitan. Przebyta droga liczyła łącznie 31.166 mil morskich, czyli 57.719 km samotnej żeglugi. Pętla została zamknięta 20 marca, ale cały rejs z Las Palmas do Las Palmas 21 kwietnia 1978 r. (źródło: „Pierwsza dookoła świata” z 2008 r.)

 

     W Polsce było wtedy z dziesięć pań, które miały stopień kapitana wielkiej żeglugi jachtowej, więc PZŻ rozpisał coś w rodzaju konkursu. Pani Remiszewska poczuła się tym dotknięta i zrezygnowała. A ponieważ ONZ ogłosiła rok 1975 międzynarodowym rokiem kobiet, PZŻ postanowił się pod to podczepić. Rozesłał zapytanie do tych pań, czy któraś nie byłaby skłonna. Trzy-cztery wydawały się skłonne, ale czasu było już mało. Był już początek 75 roku i do jego końca to wszystko musiało być już jakoś sfinalizowane. No i w PZŻ doszli do wniosku, że ja rokuję nadzieję.

      Po pierwsze: byłam z branży okrętowej. I to nie z działu kadr czy administracji. Byłam projektantem i to o wysokim stopniu specjalizacji. I miałam mocną pozycję w tym zawodzie.

      Po drugie: sprawa rozbijała się o jacht. Słusznie założono, że mój mąż, który był szefem produkcji w stoczni jachtowej produkującej jachty pełnomorskie, jakoś ten jacht skleci.

    Po trzecie: ja wiedziałam, jaki to ma być jacht. A na jego budowę zostało pół roku. Tak się złożyło, że zarówno Stocznia Gdańska, gdzie pracowałam, jak i stocznia jachtowa to był przemysł okrętowy, udało się w to wszystko włączyć Zjednoczenie. Dostałam delegację ze swojej stoczni do stoczni jachtowej. Byłam cały czas przy budowie tego jachtu. Dostałam jakiś kąt, w którym wszystko spisywałam. Co trzeba zrobić, co trzeba zamówić. Do tego doszedł "Navimor", bo to wszystko trzeba było sprowadzić.

   No i ten jacht został zrobiony i zapakowany na czas. Pakowanie to osobna historia. Robiło się to popołudniami, z gromadą znajomych. Tak, żebym to mogła sama rozpakować. Kiedy okazało się, że nie da się wypłynąć w grudniu z Gdańska, wymyśliliśmy pierwsze wodowanie. Ja zrobię rundę i to będzie start honorowy. Było to konieczne ze względu na Polski Związek Żeglarski, który sfinansował budowę jachtu.

      Nie ukrywam też, że zaczęłam się spieszyć. Bałam się, że znajdzie się w końcu taka, która wybierze się na serio dookoła świata.

 

      WO: - I znalazła się. Naomi James.

    KCh-L: - Dwie się znalazły. Brytyjka Naomi James, urodzona w Nowej Zelandii i Francuzka Brigitte Oudry, zresztą lepsza od tamtej. Mocno deptały mi po piętach. Tak więc trzeba było ten jacht zawieźć na takie wody, żeby można było wreszcie wyruszyć.

     Wymyśliliśmy Wyspy Kanaryjskie. Chodziły tam nasze statki, no i można stamtąd było bezpośrednio ruszać. Jacht pojechał do Las Palmas, jako paczka. Było ze mną dwóch pracowników stoczni, obaj żeglarze. Bronek Tarnacki, uczestnik regat dookoła świata na Copernicusie. I takielarz Świerszczyk.

    Zrzuciliśmy jacht na wodę i do roboty. Potem statek poszedł swoją drogą, a ja wyruszyłam. Niektórym bardzo się nie podoba, kiedy mówię, że ja to wszystko potraktowałam jako kolejne zadanie do wykonania. A nie realizację jakiegoś romantycznego marzenia.

 

Krystyna Chojnowska-Liskiewicz. Kobiety dookoła świata. Naomi James i Brigitte Oudry - konkurentki Krystyny Chojnowskiej-Liskiewicz

Po lewej – Nowozelandka Naomi James, druga kobieta, która opłynęła samotnie kulę ziemską, ale pierwsza trasą wokół przylądka Horn. Rejs ukończyła 8 czerwca 1978 r., czyli ok. 1,5 miesiąca po Polce. Po prawej – Francuzka Brigitte Oudry, trzecia kobieta, która samotnie opłynęła świat, a druga trasą wokół Hornu. Rejs ukończyła w sierpniu 1978 r. (źródło: veleirokilimandjaro.files.wordpress.com)

 

    WO: - Bardzo inżynierskie podejście. Ale czegoś takiego się spodziewałem. O rejsie nie będziemy rozmawiać, bo o nim opowiada książka. Skoncentrujmy się teraz na chwili, kiedy zadanie zostało wykonane. Jest kwiecień 1978 roku. Po dwóch latach z okładem kończy Pani swój rejs w tym samym miejscu, w którym zaczęła: w Las Palmas. Co Pani czuje?

       KCh-L: - Żal, że już nigdy nie będę tak wolna. Kiedy dopływałam do Las Palmas pomyślałam, że tak dobrze to już mi chyba nie będzie. Jak byłam sama na jachcie, na środku oceanu, to poza żywiołami nikt mi nie mógł powiedzieć co mam robić. To jest nieprawdopodobne uczucie. I tylko w takich warunkach można go doznać autentycznej wolności.

      Oczywiście, są ograniczenia. Do dziś nie rozumiem dlaczego żadnej kobiecie przede mną to się nie udało. Zwłaszcza, że były jakieś próby. I w wielu krajach było sporo znakomitych żeglarek. Ale żadnej to się nie udało. Nie mogłam tego pojąć. Mieli wspaniałe jachty, tradycje. Ja już nie mówię o Anglii, przecież to morska potęga. My ani nie byliśmy potęga morską, morskie tradycje były skromne. I jesteśmy społeczeństwem hreczkosiejów.

      Tak więc kiedy kończyłam rejs dominowało uczucie, że wracam do świata pełnego ograniczeń, których tam nie było. Tam istniał jeden wybór: ryzykuję albo układam się z żywiołem. Kiedy się płynie samemu, na euforię człowiek nie specjalnie ma ochotę. Oprócz wspaniałości to jest ciężka praca. Kiedy zamknęłam pętlę, zaczął się sztorm. Miałam tyle zajęć, że uznałam, iż na radość będzie czas, kiedy sztorm się skończy.

      Oczywiście cieszyłam się, że mnie nikt nie ubiegł. I że tamte dwie żeglarski zostały za mną.

 

Krystyna Chojnowska-Liskiewicz. Wieczór wspomnień na ostródzkim Zamku w kwietniu 2008 r. - Krystyna Chojnowska-Liskiewicz

Audycja radiowa i wieczór wspomnieniowy na ostródzkim Zamku z okazji 30-lecia zakończenia wokółziemskiego rejsu, w dniu 30 kwietnia 2008 r. Krystyna Chojnowska-Liskiewicz w towarzystwie dwóch misiów: mniejszy Albatros, który również opłynął (najczęściej w foliowym worku) kulę ziemską; większy to podarunek z okazji otwarcia rocznicowej wystawy (autor: C. Wawrzyński)

 

     WO: - Muszę Pani zadać to pytanie. Upoważnia mnie do tego rozmowa z Pani mamą w 1978 roku. Otóż mama jednego nie mogła zrozumieć: Jak ona mogła się zdecydować na samotny rejs. Przecież ona tak bardzo lubi gadać!?

     KCh-L: - Miałam właściwie przez cały rejs łączność radiową z Gdynią-Radio. Wzdłuż brzegów Australii, kiedy połączenia z Gdynią nie wychodziły, gadałam sobie z tamtejszymi operatorami, którzy uwielbiają gadać. Niestety, rzadko miałam okazję rozmawiać ze statkami, bo ja te statki rzadko spotykałam. Jeden ostrzegł mnie o huraganie, z którym mieli problem, a potem martwili się o to by i mnie nie sponiewierał. Huragan mnie gonił, ale szczęśliwie nasze drogi się rozeszły.

     WO: - Czyli nie miała Pani poczucia osamotnienia?

    KCh-L: - Nie. Zresztą ja się nie nudzę w swoim towarzystwie. Poza tym ja naprawdę miałam strasznie dużo roboty. Dziś żeglarze mają GPS, a ja robiłam astronawigację metodą niemal klasyczną (…)

 

Samotny rejs dookoła świata. Podróżnik Krystyna Chojnowska-Liskiewicz w 1978 r. oraz 31 lat później

Po lewej – astronawigacja na jachcie Mazurek w 1978 r. Po prawej – Krystyna Chojnowska-Liskiewicz w Gdyni, odbierająca nagrodę Super Kolosa w marcu 2009 r. (autor: Jan Morek oraz Barbara Ostrowska)

 

     WO: - Co teraz porabia Krystyna Chojnowska-Liskiewicz?

    KCh-L: - Jestem emerytką. W związku z tym mam bardzo dużo zajęć. Uczestniczę na przykład w pracach kapituły konkursu Kolosy. Jest to konkurs dla podróżników najróżniejszej maści. Co roku przyznajemy statuetki Kolosów na najciekawsze lub nadzwyczajne wyprawy. Między innymi w kategorii żeglarstwa.

    Staram się jeszcze żeglować. Jak najwięcej. Mam własny jacht i pływam tam, gdzie się da dopłynąć z Gdańska. Marzy mi się aby popłynąć jeszcze raz do Szkocji. Byłam tam raz. Stwierdziłam, że Szkocja mi się strasznie podoba, a Szkoci są podobni do nas. Nie wiem tylko czy teraz, kiedy im zasililiśmy kadry pracownicze, będą tak samo serdeczni jak 30 lat temu, kiedy nas niemal na rękach nosili. Chciałabym też popłynąć do Hiszpanii, ale tam jest strasznie długa droga jachtem. Do tego paskudna, bo dużo statków, a to dla jachtu nie jest dobre towarzystwo.

      Nadal próbuję pływać z żeglarkami. Daję własny jacht, nie chcę za to złotówki. Załoga pokrywa tylko koszty wyżywienia, rejsu i opłaty portowe. Ale jest coraz mniej chętnych. Być może dlatego, że teraz młodzi mają dużo większe możliwości wędrowania po świecie. Szybciej i wygodniej.

     Żeglarstwo jest trudne i męczące. Znajoma Niemka powiedziała, że żeglowanie to jest coś takiego, jakby się stało pod prysznicem w pelerynie, darło pieniądze i wyrzucało do śmietnika.

 

     WO: - Z kim więc Pani pływa?

     KCh-L: - Z mężem, we dwójkę. Nie chcemy się narzucać i na siłę uszczęśliwiać znajomych. Zafundowaliśmy kiedyś przyjaciołom z Warszawy rejs z Gdańska do Jastarni. On przeżył gładko, ale ona chciała wyskakiwać za burtę na środku Zatoki. Tak bardzo chorowała.

     WO: - Czy zdarzyło się Pani pływać samotnie po 21 kwietnia 1978 roku?

     KCh-L: - Tak. W 1983 roku popłynęłam swoim jachtem na Gotlandię. Powód był bardzo prosty. To był koniec stanu wojennego. Nie było gwarancji, że oboje z mężem dostaniemy paszport. Wymyśliliśmy, że popłynę sama. Tam dopiero wzbudziłam zdziwienie. Jacht był mały i Szwedzi nie mogli uwierzyć, że przypłynęłam prosto z Gdańska. Potem sama nie pływałam. Nie bardzo mam po co pływać sama.

 

     WO: - Co się stało z Mazurkiem?

   KCh-L: - Z grubsza znam jego historię. Jego właścicielem był Polski Związek Żeglarski. Po rejsie został przekazany do Trzebieży. Tam była baza PZŻ. Ktoś wpadł na pomysł, że będzie służył do szkolenia. Najpierw go przebudowano, żeby tam było więcej koi. Do szkolenia to on się akurat nie nadawał. Więc zaczęto go wynajmować. Potem czartery się skończyły i Mazurek przez kilka lat stał. Zdecydowano się go sprzedać. Sprzedawano go przez kilka lat, bo cena była za wysoka.

   Wreszcie sprzedano go. Ale zrobiono błąd. Należało go sprzedać bez nazwy. Tak się robi. Mazurka sprzedano z nazwą, bo kupujący nie chciał go kupić bez nazwy. Teraz jacht jest chyba w Szczecinie i ktoś go podobno remontuje. Ja go widziałam ostatni raz w Trzebieży, jak czekał na sprzedaż. Taka my jesteśmy morska Polska (generalny remont jachtu zakończył w 2010 r. jego właściciel, kpt. jacht. Marek Hermach – przypis C.W.).

 

     WO: - Co Pani zawdzięcza żeglarstwu?

   KCh-L: - Po pierwsze przekonanie, że człowiek może wszystko. I że ja mogę bardzo wiele. Po drugie - niesamowite otwarcie na świat.

 

Gdańsk, 12 marca 2008 r.

 

     Jak na byłą ostródziankę i Honorowego Obywatela Miasta przystało, kpt. Krystyna Chojnowska-Liskiewicz utrzymuje bliskie kontakty z miejscem swojej młodości – Ostródą, w tym ze środowiskiem wodniaków i żeglarzy.

 

Krystyna Chojnowska-Liskiewicz. Matka chrzestna. Chrzest statku pasażerskiego OSTRÓDA w październiku 1999 r.

Uroczystość nadania imienia statkowi pasażerskiemu OSTRÓDA, w październiku 1999 r. Po lewej – matka chrzestna w towarzystwie dyrektora ZKM i Żeglugi O-E Waldemara Nalewajko (źródło: zbiory Urzędu Miejskiego w Ostródzie)

 

     W dniu 16 października 1999 r. Krystyna Chojnowska-Liskiewicz przy nabrzeżu miejskiej zatoki Jeziora Drwęckiego dokonała chrztu (wówczas nowej) flagowej jednostki Żeglugi Ostródzko-Elbląskiej, zostając matką chrzestną i nadając nazwę statkowi pasażerskiemu: „OSTRÓDA”.

 

     Począwszy od 1 maja 2004 r. Klub Żeglarski OSTRÓDA organizuje corocznie w ten właśnie dzień Regaty Żeglarskie o Puchar kpt. Krystyny Chojnowskiej-Liskiewicz. Zawody prowadzone są w klasie OPTYMIST, w dwóch kategoriach wiekowych: junior i senior

 

Krystyna Chojnowska-Liskiewicz. Jezioro Drwęckie. Pierwsze Regaty o Puchar kpt. Krystyny Chojnowskiej-Liskiewicz na Jeziorze Drwęckim w dniu 1 maja 2004 r.

Pierwsze Regaty o Puchar kpt. Krystyny Chojnowskiej-Liskiewicz, w dniu 1 maja 2004 r. (źródło: zbiory Klubu Żeglarskiego OSTRÓDA)

 

    Tradycją stało się, że Pani Kapitan i jej małżonek Wacław (konstruktor Mazurka) goszczą na klubowej przystani, a sama patronka zawody otwiera, a na zakończenie wręcza nagrody. W dniu 1 maja 2020 r. plany pokrzyżował coronavirus…

 

     Podczas jednej z kolejnych edycji Regat, w dniu 1 maja 2007 r. kpt. Krystyna Chojnowska-Liskiewicz została Członkiem Honorowym Klubu Żeglarskiego OSTRÓDA, po ponad 50-letniej przerwie w przynależności do ostródzkich klubów żeglarskich

 

Krystyna Chojnowska-Liskiewicz. Wręczenie Patentu Członka Honorowego Klubu Żeglarskiego Ostróda Krystynie Chojnowskiej-Liskiewicz

Czwarte Regaty o Puchar kpt. Krystyny Chojnowskiej-Liskiewicz, w dniu 1 maja 2007 r. Wręczenie Patentu Członka Honorowego KŻO w obecności ówczesnego burmistrza Ostródy Jana Nosewicza (autor: Jan Liberacki)

 

     Klub Żeglarski OSTRÓDA otrzymuje sukcesywnie od swojej Honorowej Członkini cenne pamiątki związane z morskim żeglarstwem. Jednymi z darów była banderka oraz latarnia okrętowa z s/y „Mazurek”, która kilkadziesiąt lat temu była na wyposażeniu jachtu w czasie historycznego rejsu dookoła świata. Ponadto Pani Krystyna ofiarowała kompas okrętowy, który towarzyszył jej latami w czasie licznych morskich podróży.

 

Krystyna Chojnowska-Liskiewicz. Lampa okrętowa z jachtu MAZUREK i kompas. Dary dla Klubu Żeglarskiego Ostróda od Krystyny Chojnowskiej-Liskiewicz

Latarnia okrętowa z Mazurka oraz kompas okrętowy – podarowane ostródzkim żeglarzom przez Krystynę Chojnowską-Liskiewicz we wrześniu 2007 r. (źródło: zbiory Klubu Żeglarskiego OSTRÓDA)

 

     Piszący te słowa dysponuje również żaglami z okołoziemskiej podróży Mazurka. Wszystko to czeka na możliwość właściwej, najlepiej muzealnej, stałej ekspozycji w mieście nad Jeziorem Drwęckim…

 

 

Cezary Wawrzyński

Ostróda, czerwiec 2020 r.

 

Pierwsza Dama Oceanów - śródlądowe początki

08 czerwca 2020
Kpt. Krystyna Chojnowska-Liskiewicz na jachcie MAZUREK w kwietniu 1978 (autor: Jan Morek)
Logo 160. rocznicy otwarcia Kanału Elbląskiego

Kraina Kanału Oberlandzkiego