Galeria zdjęć

Przygotowania do rejsu

    Decyzja o wyprawie zapadła w trakcie powrotu z lipcowej Parady Żaglowców w Gdyni. Skoro mamy zaproszenia do Rosji, to szkoda byłoby je zmarnować. Tak więc decydujemy: składamy podania o wizy w gdańskim konsulacie i płyniemy „Kronosmogiem” przez Zalew Wiślany do Kaliningradu! Przynajmniej taki jest plan i mocne postanowienie. Zalew jest ponoć od kilku lat zamknięty dla żeglugi, ale myślimy sobie - a co tam!; najwyżej na granicy nas zawrócą - chociaż póki co nie dopuszczamy do siebie takiej myśli...

      Załoga liczy 3 osoby. W czasie przygotowań trzeba było zapoznać się m.in. z internetowymi opowieściami na temat przekraczania granicy i pływania po rosyjskiej stronie Zalewu. Dodatkowo z internetu ściągnęliśmy mapy Kaliningradzkiego Zalivu oraz mapy portów w Bałtijsku i Kaliningradzie. Poza uzyskaniem rosyjskich wiz, wykupiliśmy ubezpieczenie. Nie mogliśmy nigdzie dostać rubli, tak więc kupiliśmy z ostrożności dolary, z myślą o ich ewentualnej wymianie „na miejscu”.

     Oprócz standardowego wyposażenia jachtu w środki bezpieczeństwa i pławkę pomarańczową dymną (posiadaną z poprzedniego rejsu), zaopatrzyliśmy się w ręczny namiernik, krótkofalówkę UKF oraz stosunkowo już niemłody, bateryjny GPS. Znając z opowieści doświadczenia innych żeglarzy ze spotkań z rosyjskimi celnikami i pogranicznikami, sporządziliśmy kilka sztuk kopii list załogi (w wersji polskiej i rosyjskiej) oraz kopii (kolorowych) ze zdjęciami stron naszych paszportów.

     Pierwotny plan był następujący: 17 sierpnia dopływamy Kanałem Ostródzko-Elbląskim do Elbląga. 18 sierpnia wpływamy do Fromborka, gdzie dokonujemy polskiej odprawy celnej i granicznej. 19 sierpnia przekraczamy morską granicę, wpływamy do Bałtijska (rosyjska odprawa celna i graniczna), ruszamy na drugą stronę Zalewu (nocleg gdzieś na rzece w miejscowości Uszakowo – południowe pobrzeże Zalewu), a nazajutrz, 20 sierpnia docieramy do Kaliningradu. Tam zaś spotkanie ze znajomą Rosjanką i zwiedzanie miasta busikiem.

 

Dzień pierwszy (17 sierpnia)

     Zgodnie z planem, w rejs wypłynęliśmy 17 sierpnia o godzinie 07:30. W zasadzie wszystko poszło gładko (śluzy "Zielona" i "Miłomłyn"), na pochylni Buczyniec tylko raz musieliśmy przepuścić statek pasażerski. Po przepłynięciu jeziora Druzno, tuż po godz. 19.00 dotarliśmy rzeką Elbląg do miasta Elbląga, gdzie niejako „z przyzwyczajenia” stanęliśmy w Harcerskim Ośrodku Wodnym BRYZA. Przed nocą stawiamy jeszcze maszt i udajemy się na odpoczynek.

 

Dzień drugi (18 sierpnia)

     Nazajutrz rano wyruszyliśmy „zaciągnąć języka” do Kapitanatu Portu Elbląg, mieszczącego się kilka minut pieszej drogi od przystani. Tam zaś skutecznie rozwiano nasze złudzenia. Poinformowano nas, że nie jesteśmy w stanie przekroczyć granicy, bo Zalew jest zamknięty dla żeglugi. Na pytanie: „- To co, Rosjanie nas zawrócą?”, usłyszeliśmy, że nawet nie Rosjanie, tylko Polacy, bo „nasi” nie robią w tej chwili odpraw celnych we Fromborku. Odnieść można było zatem wrażenie, że „Zalew jest zamknięty, bo nie robią odpraw – a odpraw nie robią, bo Zalew jest zamknięty”…

 

Mapka z trasą rejsu do Kaliningradu. Rejs przez Bałtijsk do Kaliningradu

Mapka z trasą rejsu do Kaliningradu. Kolorem białym oznaczono część trasy powrotnej (źródło: archiwum autora)

 

     Niemniej jednak powiedziano nam, że prawdopodobnie możliwe jest wpłynięcie do Bałtijska od strony otwartego morza. Podano nam prognozę pogody na najbliższe 3 dni. Wiatr początkowo silny 5 do 7 w skali Beauforta, lecz z tendencją do słabnięcia, a co najważniejsze, południowo-zachodni, a więc korzystny, no i ciepło. Dostaliśmy jeszcze telefon do oficera dyżurnego w Kapitanacie Portu Gdańsk, gdzie można dowiadywać się kolejnych prognoz pogody.

     Po chwili namysłu decyzja zapadła. Płyniemy do Kaliningradu od strony morza, przez Cieśninę Pilawską. Skoro zaczęliśmy płynięcie, to płyńmy dalej… Co prawda nie mamy map południowego Bałtyku (przygotowani byliśmy na rejs „zalewowy”), ale co tam, przecież za dnia brzeg będzie widoczny gołym okiem. Dochodzi więc nam dodatkowy dzień rejsu do Gdańska. Dopływamy do położonej naprzeciwko „Bryzy” przystani Jachtklubu Elbląg, aby jeszcze popytać się o możliwości przekroczenia jachtem granicy tutejszych „weteranów”. Akurat udało nam się spotkać żeglarza z nadgranicznej Nowej Pasłęki, który potwierdził, że wpłynięcie do Bałtijska od strony morza jest możliwe. Przed wejściem należy wywoływać rosyjski port na „Kanale 74” UKF.

     Wyruszamy więc (godzina tuż po 10:00) do Gdańska. Ponownie kładziemy maszt. Płyniemy Kanałem Jagiellońskim, Nogatem i Szkarpawą (w tym pod mostami zwodzonymi w Rybinie i Drewnicy). Na Szkarpawie jest w tym dniu szczególnie ciężko, bo mamy bardzo mocny przeciwny wiatr, a śruba nieustannie zapycha się pływającym zielskiem (hamującym dodatkowo na sterze i dwóch balastach). Pokonujemy śluzę Gdańska Głowa, przeciwną falę na Wiśle oraz śluzę Przegalina. Robimy co w naszej mocy, aby przed 19.00 dopłynąć na ostatnie otwarcie mostu pontonowego w Sobieszewie. Docieramy tam dosłownie co do sekundy i dzięki temu o godzinie 20:00 meldujemy się przy kei Akademickiego Klubu Morskiego w Górkach Zachodnich.

     Już pieszo odwiedzamy posterunek graniczny, gdzie informujemy, że nazajutrz po 08:00 będziemy chcieli wypłynąć w morze, kursem na Bałtijsk. Żeby było sprawniej, dostajemy wcześniej do wypełnienia jakieś deklaracje odprawy celnej (a może granicznej?). Idziemy spać, bo przecież jutro mamy wypłynąć na otwarte morze…

 

Dzień trzeci i częściowo czwarty (19 i 20 sierpnia)

     Nazajutrz, 19 sierpnia, spotykamy się z pogranicznikiem na kei przy ich posterunku. Oddajemy wypełnioną deklarację, pokazujemy paszporty. Trwa to może jakieś 60 sekund. Na koniec oświadczamy, że zamierzamy wrócić do soboty (jest środa rano). Żołnierz informuje nas, że mamy wywoływać lub nasłuchiwać Górki Zachodnie na „Kanale 6”, natomiast Krynicę Morską najlepiej nasłuchiwać na otwartym „Kanale 16”.

 

Płynąc do Bałtijska. Wyjście z Górek Zachodnich i obierając kurs na Bałtijsk

Pozostawiając Gdańsk za rufą i obierając kurs na Bałtijsk (autor: C. Wawrzyński)

 

     Tuż po 09:00 wychodzimy za główki portowe, stawiamy żagle i rozpoczynamy całodzienny rejs do Bałtijska. Prognoza pogody sprawdziła się. Wiatr był sprzyjający (zachodni), ponad 80-kilometrowa żegluga (praktycznie jednym halsem) trwała niemal 11 godzin. W trakcie dnia wiatr się wzmógł i osiągał siłę 6-7 w skali B, czego efektem było odczuwalne bujanie na wysokiej fali. Jednak pod wieczór wiatr zaczął wyraźnie słabnąć. Co prawda coś tam Krynica Morska przed Piaskami nawoływała o zgłoszenie się jakiegoś jachtu będącego na 54 stopniach N i 19 E, ale my (mając nieaktualną, zatrzymaną z poprzedniego odczytu GPS pozycję naszego jachtu 54 stopnie N i 18 E) sądziliśmy, że to nie chodzi o nas. Tak więc będąc niczym (z wyjątkiem czasem naprawdę wysokiej fali) nie niepokojeni, dopłynęliśmy do miejsca, w którym ujrzeliśmy wejście do portu w Bałtijsku.

    

     Rozpoczęliśmy procedurę wywoływania (co do zasady po rosyjsku) Kapitanatu na „Kanale 74” UKF, z sakramentalną prośbą o pozwolenie na wejście do portu. Zgodnie z procedurą powinno to wyglądać mniej więcej tak: „-Baltijsk Traffic, Baltijsk Traffic”; „-Zdzies’ polskaja jachta KRONOSMOG… itd”. Wypada podać pozycję, skąd i dokąd się płynie, po czym na koniec poprosić o „Dobro na Wchod”.

     Tak też, ogólnie rzecz biorąc, zagadnęliśmy rosyjską stronę. Tu jednak zaczęły się schody… Po chwili usłyszeliśmy pytania, w rodzaju: „-A kto prigłaszał?”; „-A gdzie on żywiot?”; „-Jewo ociestwo?”. Co najmniej trochę nas to zaskoczyło. No bo co nas to obchodzi, co było na jakimś zaproszeniu. Mamy wizy wjazdowe, to chcemy „wjechać”. Ale to było dopiero preludium. Po chwili przeszli na pytania dotyczące portu docelowego, to jest Kaliningradu” „-A gdie wy budietie stat’?”; „-Konkrietnyj adres!”. No i tu nas mieli. Przecież nam się wydawało, że „tam, gdzie będzie wolne”, pierwsze lepsze wolne miejsce w jakiejś marinie. Nic z tych rzeczy! Nie mogliśmy określić konkretnie, gdzie się w tym Kaliningradzie zatrzymamy, a więc po chwili usłyszeliśmy wyrok: „Wchoda niet!”; do portu w Bałtijsku nie możemy wpłynąć…

    

Widok Bałtijska wieczorem. Okolice wejścia do Cieśniny Pilawskiej

Wieczorny widok zabudowań Bałtijska w pobliżu dawnej Twierdzy Pilawa (autor: C. Wawrzyński)


          Zaczęła rysować się nieciekawa perspektywa. Robi się ciemno, za chwilę będzie zachód słońca, czyli że czeka nas wielogodzinny rejs powrotny nocą w kierunku Gdańska. Najciekawsze, że telefony komórkowe (na szczęście chwilowo) potraciły w tym krytycznym momencie zasięg. Dodzwoniliśmy się jednak do naszej znajomej w Obwodzie. Kazała nam chwilę odczekać, „coś będzie załatwiane”. No i rzeczywiście. Po pół godzinie otrzymaliśmy telefoniczną informację, że będziemy mogli wejść do portu. Na nasz pokład wejdzie rosyjski pilot (mamy za dużo nie dyskutować, później coś mu za przysługę w dolarach zapłacimy), który dalej już nas poprowadzi „na Kaliningrad”. Kapitanat portu faktycznie po pewnym czasie zezwolił na wpłynięcie, nakazując trzymać się strony latarni morskiej. Na wysokości tejże latarni dobił do naszej burty portowy holownik, z którego przesiadł się wspomniany pilot (Walieryj, jak się okazało będący wcześniej marynarzem, aktualnie mieszkaniec Bałtijska). Na zewnątrz było już całkiem szaro, szybko zapadał zmrok, przepłynęliśmy obok kilku basenów portowych, aby w końcu zatrzymać się przy doku kontenerowym (Basen nr 3), w celu dokonania odprawy celnej i granicznej.

     Po pół godzinie oczekiwania „zaczęło się”. Na nasz pokład wszedł jeden celnik i jeden pogranicznik. Wyglądało to jak w filmach ze „złym" i "dobrym" gliniarzem. Jeden próbował być miły i grzeczny, drugi służbowy i pedantyczny. Rozpoczęło się przekazywane kopii list załogi, kopii stron paszportowych (mieliśmy zawczasu przygotowane), później jakieś dokumenty łódki (na szczęście mieliśmy takie od czasu rejestracji w 2007 r.), tyle że niepokserowane. Następnie, będąc kapitanem, przepisywałem wielokroć jakieś deklaracje wjazdowe (nazwiska, nazwy, cele wizyty, braki na pokładzie broni, narkotyków itp., itd.). Istotnym problemem okazała się niemożność podania numeru naszego 4-konnego „dwigatiela”. Rosjanie twierdzili, że taki numer jest gdzieś wybity, my że wręcz odwrotnie, a poza tym było całkiem ciemno. Ponadto musiałem (pod życzliwe dyktando) pisać po rosyjsku cyrylicą (coś tam się z liter ich alfabetu pamiętało, coś tam się już jednak zapomniało) jakieś podania o wjazd, przekroczenie granicy, czy coś w tym stylu.

     Zasada jest jedna: - nie należy się niczemu dziwić, tylko potulnie stosować się do wytycznych! Summa summarum trwało to około 2 godziny. Nie wiedzieć kiedy zrobiła się północ (według rosyjskiego czasu była już godzina pierwsza w nocy).

 

     Rosyjscy mundurowi pożegnali nas, lecz jednocześnie kazali natychmiast płynąć dalej. Bałtijsk to przede wszystkim port wojenny, nie wolno w nim cumować dłużej, niż to jest niezbędne. Czekała nas więc niemal 40-kilometrowa, nocna podróż „na silniku” do Kaliningradu, kanałem utworzonym przez sztucznie usypane jeszcze przez Prusaków pod koniec XIX wieku, ciągnące się wzdłuż północnego brzegu Zalivu wyspy i mierzeje. W tym celu właśnie mieliśmy na pokładzie naszego pilota, który od czasu do czasu przekazywał naszą pozycję przez krótkofalówkę. Okazało się, że ruch barek i statków na tym kanale odbywa się przez całą dobę. Tak „przepięknie” oświetlonego toru wodnego do tej pory nie widzieliśmy; zieleń, czerwień i biel świateł nawigacyjnych wręcz urzekała.

     Trzeba przyznać, że podróż była nawet dosyć urozmaicona, choć przecież byliśmy zmęczeni wielogodzinną podróżą. Zarówno na brzegach tego kanału, jak i w samym kaliningradzkim porcie, mija się a to poniszczone budynki i budowle poniemieckie lub poradzieckie, na przemian z nową infrastrukturą („zawody” jakiejś amerykańskiej soi, Łuk-Oil, przystanie jakichś moskiewskich nuworyszy), czy też jeszcze funkcjonujące stare, pewnie jeszcze „wojennyje zawody”.

 

Betonowe nabrzeża Pregoły. Miejsce naszego postoju na Pregole w Kaliningradzie

Nasz jacht i „nasza” kaliningradzka przystań (autor: C. Wawrzyński)

 

     Nasz pilot zdradził nam też ciekawostkę, że dopiero od 2 lat mieszkańcy Bałtijska mogą wyjść z miasta na plażę. Wcześniej była to strefa ściśle zamknięta. Pomimo fantastycznego oświetlenia szlaku, spotkała nas jeszcze tej nocy jedna niemiła przygoda. Przed portem w Kaliningradzie dopadła nas niezwykle gęsta mgła (prawdziwe rosyjski „tuman”). Pilot „wyprowadził” nas nieoczekiwanie prosto na brzeg kanału, na szczęście nic się wielkiego nie stało. Około godziny 5 rano (po 20 godzinach podróży) stanęliśmy ostatecznie przy fragmencie portowego nabrzeża przystani o wdzięcznej nazwie FISZBOT, przy ulicy Nabierieżnej. Pożegnaliśmy naszego pilota (wręczając jakąś sumkę w dolarach – tak więc przydały się), udając się niezwłocznie na zasłużony odpoczynek. Był początek 20 sierpnia, a my staliśmy jachtem w Kaliningradzie – wszystko więc w zgodzie z pierwotnym planem i ustalonym „rozkładem jazdy”.

 

Dzień czwarty (20 sierpnia)

     Tuż przed południem rozpoczęliśmy zwiedzanie Kaliningradu. Nasi znajomi z Obwodu wozili nas busikiem, dzięki czemu wszystko szło sprawnie. Mogliśmy zatem uzupełnić zapasy paliwa (litr benzyny 95 kosztował w przeliczeniu około 2,40 złotego – kiedy w Polsce 4,60 zł) oraz zamienić nasze dolary na ruble. Ciekawostką jest, że w banku trafiliśmy akurat na przerwę obiadową (gdzieś chyba między ich godziną 14-tą i 15-tą; u nas w bankach nie do pomyślenia). Poza tym nasze kupno dolarów w Polsce okazało się nie do końca potrzebne. W rosyjskim bankomacie można najzwyczajniej w świecie wypłacić na naszą kartę bankową ruble.

 

Stary/Nowy Królewiec/Kaliningrad. Widok prawego brzegu Pregoły z mostu przy katedrze

Widok z Mostu Nowożeńców opodal Katedry na prawy brzeg Pregoły. Nowoczesny fragment miasta, z częściowo odbudowaną lub zabudowaną blokami mieszkalnymi starówką (autor: C. Wawrzyński)

 

     W Kaliningradzie jesteśmy w stanie w ciągu paru godzin zwiedzić: statki-muzea, oceanarium, muzeum bursztynu, częściowo odbudowane fragmenty starego miasta oraz Katedrę Królewiecką z grobem Immanuela Kanta. Do tego dochodzi obiad w restauracji, no i jakieś zakupy w supermarkecie. Jeszcze przed wieczorem zakończyliśmy nasze zwiedzanie, bo mimo wszystko było to męczące. Wróciliśmy na pokład, aby rano jak najszybciej wyruszyć w drogę powrotną. Dzwonimy jeszcze do Kapitanatu w Gdańsku, który przekazuje nam kolejną, pomyślną dla żeglugi prognozę pogody. Idziemy spać.

 

Dzień piąty i szósty (21 i 22 sierpnia)

     W piątek, 21 sierpnia o godzinie 06:00 odbijamy od naszej kei. Nasze miejsce postoju było samo w sobie bardzo ciekawe. Niby umiejscowione było przy przystani, ale była to faktycznie odosobniona, jakby niczyja betonowa wysepka. Nikt nas nie niepokoił, nikt nie żądał żadnych opłat. Na początku płynięcia próbowaliśmy wywołać Port Kaliningrad (chyba „Kanał 64”), ale ostatecznie daliśmy sobie z tym jednak spokój. Płynąc na silniku w dół Pregoły, w jasnym świetle słonecznym, mogliśmy oglądać naprawdę przeogromny, w większości poniemiecki port, złożony z wielu basenów, nabrzeży i zatok. Na brzegach rzeki znajdują się na przemian obiekty tętniące gospodarczym życiem, bądź też kompletnie zburzone lub opustoszałe i zdewastowane. Postanowiliśmy jednak trasę powrotną do Bałtijska pokonać nie kanałem, lecz pod żaglami, płynąc przez Zaliv. Przecież kanałami to możemy pływać u siebie, na Mazurach…

 

Ujście Pregoły. Pregoła wpadająca do Zalewu Wiślanego

Ujście Pregoły do Zalewu Wiślanego (Kaliningradzkiego). Widok z rzeki (autor: C. Wawrzyński)

 

     Dokładnie o godzinie 07:17 jesteśmy na ujściu Pregoły. Stawiamy żagle i rozpoczynamy żeglugę. Wiatr mamy sprzyjający (znowu płyniemy jednym halsem), jednak i tak nie mamy szans na dopłynięcie „za dnia” do jakiegoś polskiego portu. Co innego, gdyby można było pływać z rosyjskiej części do części polskiej wodami Zalewu. Póki co płyniemy na żaglach do Bałtijska. Jesteśmy przy tym jedynym „żaglem” w zasięgu wzroku, a więc na całym akwenie! Przez cały Zaliv pojawili się tylko dwa razy rosyjscy rybacy w niewielkich kuterkach. Cały ruch handlowy pomiędzy Kaliningradem i Bałtijskiem odbywa się przecież wspomnianym kanałem. Około południa dopływamy w okolice portu w Bałtijsku, od strony południowo-wschodniej. Tu czekała nas znowu niespodzianka. Wpadamy na długą mieliznę, z której jachtowi balastowemu jest bardzo trudno zejść. Okazuje się, że bezpieczne wejście jest bardziej od południa, od „polskiej” strony, a Rosjanie nie oznaczają płycizn w tym rejonie żadnymi bojami. Pomaga nam ładna pogoda (mimo, że wymagająca wysiłku - zawsze to jakaś forma kąpieli), jednak strach pomyśleć, co byłoby przy silnych wiatrach…

 

Żeglując od strony Kaliningradu. Widok Cieśniny Pilawskiej i portu w Bałtijsku

Widok Cieśniny Pilawskiej i portu w Bałtijsku od strony Zalewu Kaliningradzkiego (autor: C. Wawrzyński)

 

     Żagle już mieliśmy zrzucone, po zejściu z mielizn płyniemy w kierunku cieśniny. Ponownie zgłaszamy się na „Kanale 74” do „-Baltijsk Traffic”, prosząc o pozwolenie na wejście do portu. Tym razem bardzo szybko pozwolenie otrzymujemy i kierujemy się znów do „Basenu nr 3”, obok doku kontenerowego. Stajemy przy niewielkim nabrzeżu dla jachtów, obok większego, zapewne dla statków wycieczkowych. Dosłownie obok stoi sklep wolnocłowy, nam jednak nie wolno opuszczać pokładu.

 

Miejsce odprawy celnej i granicznej. Sklep wolnocłowy w BałtijskuSklep wolnocłowy i miejsce jachtowej odprawy celnej w Bałtijsku (autor: C. Wawrzyński)

 

     Po półgodzinnym oczekiwaniu ponownie odwiedza nas celnik i pogranicznik. Znowu odbywa się procedura z wypełnianiem jakichś kwitariuszy i deklaracji, przekazywania listy załogi, dokumentów jachtu, oddawania kwitów wjazdowych, wbijaniu pieczątek w paszportach, stawianiu krzyżyków, że „arużia niet”. Trwa to ponad 1,5 godziny. Wychodzi więc na to, że jest to norma. Tym razem największym problemem był numer PESEL na jakimś dokumencie. Celnik nie wiedział, co to za numer, my nie mogliśmy sensownie i po rosyjsku wytłumaczyć. Po pokazaniu dowodu osobistego nie mógł zrozumieć co to takiego ten dowód (dla nich dowód to pewnie paszport). Niemniej wszystko skończyło się pomyślnie. Mogliśmy pójść do wolnocłowego sklepu, ale stawiając nogę tylko w jedynym, ustalonym punkcie nabrzeża. Do czasu odpłynięcia mieliśmy zresztą (dyskretną i uzbrojoną) pograniczną obstawę. Wreszcie odbiliśmy od kei, przez krótkofalówkę otrzymaliśmy pozwolenie „Dobro na Wychod”, no i około godziny 15:00 byliśmy już na otwartym morzu. Za nami wyszły jakieś jednostki wojenne, zapewne w celu kolejnych ćwiczeń. Przez chwilę nie wiadomo było, jak uciekać – czy płynąć prosto, w prawo, czy w lewo? Jednak szybko same nas ominęły i popłynęły dalej…

 

Wojskowe doki remontowe w BałtijskuMijając wojskowe doki remontowe w Bałtijsku (autor: C. Wawrzyński)

 

     Mogliśmy wreszcie płynąć pod żaglami w kierunku Piasków i Krynicy Morskiej. Ponownie byliśmy jedynym „żaglem” na całym (w zasięgu wzroku) tutejszym akwenie. Gdzieś w dali widoczne były jedynie rosyjskie okręty wojenne oraz kilka kutrów i statków rybackich. Na rosyjskiej części Mierzei Wiślanej nie widać było też żadnych plażowiczów, natomiast wzrok przyciągały olbrzymie, przypominające egipskie piramidy, góry oraz hałdy piachu. To zapewne były pozostałości po odkrywkowych kopalniach bursztynu.

 

     Znowu płynęliśmy jednym halsem (z prędkością 4-5 węzłów), dzięki północno-zachodniemu wiatrowi. Jeszcze za dnia, między godz. 19:00 i 20:00 minęliśmy granicę i Piaski, zbliżając się do Krynicy Morskiej. Zaskoczenie wzbudziło to, że na „Kanale 16” zgłosiła się Krynica, podając naszą nazwę i dokładną pozycję”. Potwierdziliśmy naszą tożsamość i kontynuowaliśmy podróż. Zapadł zmierzch, a my rozpoczęliśmy nasze pierwsze morskie, nocne pływanie na żaglach. Dopóki płynęliśmy obok latarni morskiej w Krynicy, wszystko szło bez problemu. Potem, około północy, trochę sterującemu się pomieszało: zamiast na Gdańsk – płynęliśmy w kierunku Helu, co skorygowaliśmy dopiero po pierwszej w nocy. Koniec końców do Górek Zachodnich dotarliśmy w sobotę, tuż po 05:00 nad ranem, czyli nasz rejs z Kaliningradu do Gdańska trwał łącznie 23 godziny, w tym samego płynięcie zajęło nam około 20 godzin. Znowu spotkało nas zaskoczenie, że 200 metrów przed główkami portu wywołała nas „po nazwie” jachtu Straż Graniczna na „Kanale 6”. Podpłynęliśmy do ich kei, zwróciliśmy jakąś deklarację, pokazaliśmy trzy paszporty – no i mogliśmy płynąć dalej. Ponownie „nasza odprawa” trwała jakieś 60, do maksymalnie 90 sekund.

 

Zapadająca noc na morzu. Żegluga od strony Bałtijska w kierunku polskiej granicyPoczątek nocnej żeglugi w kierunku Gdańska (autor: C. Wawrzyński)

 

     Na przystani AKM postanowiliśmy zrobić niewielki, godzinny postój, przede wszystkim potrzebny na położenie masztu. Każdy zaliczył wcześniej 2-3 godziny snu na morzu, więc chcieliśmy płynąć dalej, w stronę domu. Położyliśmy maszt i ruszyliśmy Martwą Wisłą w kierunku mostu pontonowego, tak aby zdążyć na jego pierwsze otwarcie o 08.30, a na koniec dnia być, jeśli nie na pierwszej pochylni, to przynajmniej w Elblągu. Sądziliśmy, że to już koniec naszych przygód, że dalej będzie już tylko rutynowy powrót do domu. Trochę byliśmy w błędzie.

     Dopływamy do mostu (poza sezonem otwierany bodajże 3 razy na dobę). Krążymy w okolicach środkowej sekcji pontonów, czekając na otwarcie. Zaczyna padać deszcz, od morza idzie ostry wiatr i fala. Wreszcie z jednej strony mostu zamyka się szlaban i z drugiej strony mostu zamyka się szlaban, ruch samochodowy zostaje wstrzymany, a operator idzie na środek – zapewne w celu otwarcia dla nas mostu. Po chwili jednak, ku naszemu zaskoczeniu, jeden szlaban unosi się, drugi szlaban unosi się i … ruch kołowy zostaje wznowiony. Czyżbyśmy mieli czekać do „następnego razu”? Wcześniej spisaliśmy telefony na mijane mosty i śluzy, więc dzwonimy z pretensjami. Co się okazało? Zabrakło prądu, trzeba czekać, aż się pojawi ponownie. Dopiero po pewnym czasie udaje nam się tę przeszkodę pokonać.

 

     Pogoda na szczęście poprawiła się. Tym razem bezproblemowo wracamy przez „Przegalinę”, Wisłę, „Gdańską Głowę”, Szkarpawę, Nogat (znowu zagrożenie stanowiła nie opuszczona stalowa lina promu w Kępinach) i Kanał Jagielloński. Jest sobota, godzina 17:00, a my już dotarliśmy do Elbląga. Płyniemy zatem dalej, chcemy „przeskoczyć” Druzno i dotrzeć do pierwszej pochylni.

     Nagle na wysokości dawnego ZAMECH-u słyszymy okrzyk z jednej z przystani: „ - Zawracajcie, pochylnie zepsute, będą nieczynne chyba ze dwa dni”. Faktycznie. Jak się okazało, po raz kolejny doszło do awarii na pochylni, tym razem Oleśnicy. Wózek ze statkiem wypada tam z szyn. Aby dokonać (nawet prowizorycznej) naprawy trzeba spuścić wodę z części najazdowej pochylni, a to z kolei wymaga czasu. Zawracamy więc i „przepraszamy się” z przystanią BRYZA. Zostawiamy jacht przy kei i wracamy przywołanym telefonicznie samochodem do Ostródy. Po jacht wrócimy w poniedziałek lub wtorek, w zależności od pogody i dalszego rozwoju sytuacji na pochylniach.

 

Dzień przedostatni i ostatni (25 i 26 sierpnia)

     Do Elbląga (i pozostawionego tam jachtu) powracamy we wtorek, 25 sierpnia, wieczorem. Pochylnia została (póki co) naprawiona. Wypływamy z przystani, opuszczamy Elbląg i pokonujemy jezioro Druzno, wpływając do Kanału Elbląskiego już w zupełnych ciemnościach. Niby taka nocna żegluga jest zakazana! Nie przeszkadza nam to jednak płynąć dalej, bo środek tafli wody widać doskonale, a poza tym co takim „wilkom morskim” po rosyjskich doświadczeniach mogłoby się jeszcze stać? Nigdy jednak nie mów nigdy!

     Po minięciu drugiego mostu, dosłownie kilkaset metrów przed pochylnią nagle słyszymy kobiecy krzyk, aby uważać na jakąś kładkę, czy pomost?! Ki diabeł??!! No i nagle łomot, uderzamy prosto w coś drewnianego na wodzie. Co się raptem okazuje? Naprzeciwko siebie znajdują się dwa zabudowania, w których mieszkają sąsiadki. Jedna z nich, będąc pewną, że nocą nikt nie pływa, postanowiła wybrać się (zapewne jak zwykle) do drugiej na pogaduszki, przerzucając w poprzek kanału pływającą kładkę! Tak więc drodzy żeglarze: przynajmniej tam nie pływajcie w nocy! Jeżeli jednak zadecydujecie inaczej, uważajcie w nocy na możliwe poprzeczne przeszkody kanałowe w okolicach Całunów (Karczowizny)…

 

     Nazajutrz reszta potoczyła się już wreszcie standardowo, może poza tym, że w kolejce czekały dwa jachty, które na wózek po 9-tej rano weszły przed nami, a to oznaczało półgodzinne opóźnienie, powiększone jeszcze do 1 godziny w Oleśnicy, przez czekanie na statek idący „od góry”. Tuż po godzinie 19:00 zameldowaliśmy się w macierzystym porcie klubowym w Ostródzie. Cały rejs (bez wliczania trzydniowej przerwy) zajął nam nieco ponad 7 dni, w trakcie których przepłynęliśmy blisko 550 kilometrów. Pokonaliśmy kilka niezgorszych problemów, ale na sam koniec pojawił się kolejny: - gdzie płynąć w następnym roku???...

 

Członkowie załogi:

  1. Cezary Wawrzyński,

  2. Kazimierz Punpur,

  3. Franciszek Siedlecki.

 

Cezary Wawrzyński

Ostróda, wrzesień 2009 r.

 

Rejs: Ostróda - Bałtijsk - Kaliningrad
(sierpień 2009 r.)

30 stycznia 2020
Śluza i podnośnia Falkirk Wheel na szkockim Union Canal
Logo 160. rocznicy otwarcia Kanału Elbląskiego

Kraina Kanału Oberlandzkiego