Galeria zdjęć

     Wstępna decyzja co do trasy rejsu zapadła w roku poprzednim. Skoro dopłynęliśmy jachtem, poprzez Kanał Ostródzko-Elbląski na Zalew Wiślany, do Krynicy Morskiej i Fromborka – to tym razem płyniemy na Zatokę Gdańską! Plan jest następujący: rejs śródlądziem ma trwać 2 dni. Pierwszego dnia chcemy dopłynąć Kanałem do Elbląga, drugiego dnia do gdańskiego portu jachtowego w Górkach Zachodnich. Później już tylko Zatoka Gdańska i niemal otwarte MORZE…

 

Mapka z trasą rejsu Ostróda-Gdynia-Hel-Gdańsk. Kolor czerwony - do Gdyni i Jastarni; kolor biały - do Gdańska

Mapka z trasą rejsu. Kolorem białym oznaczono część trasy powrotnej (źródło: archiwum autora)

 

Dzień pierwszy (16 lipca)

     Wypływamy o godz. 8:00 spod doku i portu zimowego Żeglugi Ostródzko-Elbląskiej oraz apartamentowca Willa Port. Na wyposażeniu mamy już pławkę dymną pomarańczową, nie będziemy więc musieli tracić czasu w Elblągu na jej szukanie. Już na starcie, na Jeziorze Drwęckim mija nas rejsowy statek Żeglugi, rozpoczynający codzienny rejs do Elbląga. Z rozmysłem płyniemy za statkiem, gdyż i tak na śluzie Zielonej będzie on śluzowany w pierwszej kolejności. Chcemy więc spokojnie dopłynąć do śluzy i przejść ją „z marszu”. Niestety, o ile na jeziorze statek znacznie nas wyprzedził, o tyle niski stan wody i wieloletnie zaniedbania w zakresie pogłębiania kanału sprawiły, że statek musiał lawirować po trasie i ostatecznie dogoniliśmy go dosłownie przed wrotami śluzy. Oznaczało to dla nas jednak stratę około 45 minut i konieczność czekania na możliwość podniesienia się jachtem o niecałe 1,5 metra.

    

Statek Żeglugi O-E wpływający we wrota śluzy ZielonaPo lewej - statek Żeglugi Ostródzko-Elbląskiej wpływający we wrota śluzy Zielona. Po prawej - jaz (autor: C. Wawrzyński)

 

     Dalsza droga była już (jak dla nas) rutynowa. Procedury oraz cennik za śluzowania i przejścia pochylni procedury identyczne jak w roku ubiegłym. Zaliczamy śluzę Miłomłyn (w górę o jakieś 3 m), przepływamy jeziora Ilińsk, Ruda Woda, Sambród i Piniewo.

 

Wnętrze komory śluzowej. Otwarte wrota śluzy Miłomłyn

Wrota i wnętrze komory śluzowej w Miłomłynie (autor: C. Wawrzyński)

    

     Kiedy dopływamy do pierwszej pochylni w Buczyńcu, znowu dopada nas pech. Najpierw musimy przepuścić w kolejce na wózek stateczek wycieczkowy, następnie czekamy na drugi jacht, aby operator pochylni nie robił „pustych przebiegów”. Notujemy więc dodatkową 1 godzinę opóźnienia. Ostatecznie pokonujemy w kolejności następujące pochylnie: Buczyniec, Kąty, Oleśnica, Jelenie i Całuny.

 

Jachty na wózku pochylni Kąty. Zjeżdżając po stoku pochylni

Zjeżdżając na wózku pochylni Kąty (autor: C. Wawrzyński)

 

     Zamiast jednak o planowanej godzinie 16-tej, wpływamy ponownie na kanał w kierunku jeziora Druzno po godzinie 18-tej. Na dodatek dopada nas ulewny, rzęsisty deszcz. Tak przez całe Druzno, aż do samego Elbląga – do którego dopływamy w ciemnościach, ok. godziny 22-ej. Tradycyjnie cumujemy i nocujemy na przystani harcerskiego ośrodka Bryza, gdzie znowu nie spotykamy żadnych harcerzy... Nie pozostaje nic innego, jak udać się na spoczynek.

 

Dzień drugi (17 lipca)

     Nazajutrz rano o godz. 8:00 wpływamy w Elblągu na wody Kanału Jagiellońskiego. Ten blisko 6-kilometrowy kanał został wykopany i usypany jeszcze w końcu XV wieku. Obserwujemy krajobraz Żuław, który trudno uznać za urozmaicony. Wpływamy na Nogat,  z którego nurtem (ponad 10 km) zmierzamy ku Zalewowi Wiślanemu. W pewnym momencie, mając Zalew dosłownie na „dotknięcie ręki”, odbijamy na północny-zachód i rzeką Szkarpawą (ponad 25 km) płyniemy w kierunku Wisły właściwej. Do pokonania (według mapy) mamy dwa mosty zwodzone (w tym kolejowy) i jeden pontonowy. Dopływamy do mostu zwodzonego w miejscowości Rybina, pod którym zamierzamy przepłynąć z ciągle położonym (od Ostródy) masztem.

 

Na Kanale Jagiellońskim. Płynąc z Elbląga na Nogat

Płynąc Kanałem Jagiellońskim z Elbląga w kierunku Nogatu (źródło: archiwum autora)

 

     I tu dopada nas pech kolejny, choć znacznie większy. Zrządzeniem losu, w czasie opuszczania do wody (po czyszczeniu z wodnego zielska) kolumna silnika uderza w metalową płetwę sterową, czego efektem jest awaria i trwałe uszkodzenie tejże kolumny. Nigdy nikt z nas by nie przypuszczał, że w czasie rejsu można połamać silnik! Tracimy więc najpierw 1 godzinę na nieskuteczne próby naprawy we własnym zakresie, a następnie 3 godziny na dowóz z Ostródy i wymianę na inny, sprawny silnik. Całe szczęście, że stało się to już w epoce telefonii komórkowej. Nasz plan dopłynięcia w ciągu drugiego dnia do ujścia Wisły powoli stawał się niewykonalny. Wiemy, że most pontonowy jest ostatni raz otwierany o 19-tej, a my do miejscowości Drewnica docieramy później. Tu jednak zostajemy pozytywnie zaskoczeni. Mamy oto okazję przepłynąć pod nowym mostem - zwodzonym, a most pontonowy pozostał „za nami”, jedynie na nieaktualnych już mapach.

 

Wyspa od strony Szkarpawy przy moście zwodzonym w Rybinie

Próba naprawy silnika przy moście zwodzonym w Rybinie (autor: C. Wawrzyński)

 

     Tuż po godzinie 20-tej docieramy do śluzy Gdańska Głowa, jednak dzięki uprzejmości śluzowego możemy wpłynąć na gładkie i niezwykle spokojne w tym dniu wody Wisły. Samo śluzowanie było dla nas, przyzwyczajonych do wąskich i w sumie niewielkich śluz Kanału Ostródzko-Elbląskiego wodniaków, pewnym zaskoczeniem. Śluza jest stosunkowo duża, wybudowana pod potrzeby barek. Wpływając do wnętrza zaczęliśmy natychmiast wiązać się do barierek, oczekując dużego ruchu wody wewnątrz śluzy – tymczasem po zamknięciu jednych wrót niemalże od razu otworzyły się drugie, a różnica poziomów wód mogła być co najwyżej kilkucentymetrowa! Po godzinie 21-szej dopływamy na nocleg w okolice śluzy Przegalina, mając ujście Wisły do Zatoki Gdańskiej już w zasięgu wzroku. Plan na dzień jutrzejszy to przejście śluzy, wpłynięcie na Martwą Wisłę i dotarcie do przystani w Górkach Zachodnich.

 

Wrota śluzy Gdańska Głowa. Wejście do komory śluzowej

Wrota i wejście do komory śluzy Gdańska Głowa od strony Szkarpawy (autor: C. Wawrzyński)

 

Dzień trzeci (18 lipca)

     Nazajutrz rano zmieniamy plany. Pogoda jest słoneczna, wiatr idealnie wieje od lądu, od południa w kierunku Zatoki Gdańskiej. Postanawiamy postawić maszt i na żaglach płynąć do widocznego w oddali morza. Tak też czynimy. Mijamy prom w Mikoszewie i bez żadnych kłopotów (choć uważnie przyglądając się łachom piachu na samym ujściu Wisły) wpływamy na morskie wody Zatoki Gdańskiej. Tu kolejne zaskoczenie. Rok wcześniej, na Zalewie Wiślanym, widząc na horyzoncie jednorazowo maksymalnie 4 do 5 żagli, sądziliśmy, że akwen jest żeglarsko mało wykorzystywany (w porównaniu z sąsiednią Zatoką). Okazało się, że na Zatoce Gdańskiej widywaliśmy w czasie tego rejsu na horyzoncie co najwyżej i w porywach 2 żagle!

 

Wieczór na Wiśle. Widok ujścia rzeki do morza na wysokości śluzy Przegalina

Na horyzoncie widok ujścia Wisły do Bałtyku, na wysokości śluzy Przegalina (autor: C. Wawrzyński)

 

     Pierwszy dzień naszej morskiej eskapady to minięcie Gdańska, Sopotu i dopłynięcie do Gdyni. Pogoda zmienna, co kilka godzin inna. Najpierw lekka bryza, potem spore porywy, a ostatecznie na wysokości orłowskich klifów niemalże całkowita flauta. Niemniej jeszcze sporo przed zachodem słońca cumujemy w basenie im. Mariusza Zaruskiego gdyńskiego portu jachtowego. Kierunek wskazują z daleka widoczne kontury budowanego właśnie w centrum Gdyni wieżowca Sea Towers. Znajdujemy jeszcze czas na zwiedzenie „Daru Pomorza” oraz Oceanarium, po czym odwiedzamy jeszcze okoliczne miejsca, niekoniecznie ciche i spokojne nocą, po czym bardzo późno udajemy się na zasłużony odpoczynek.

 

Płynąc z Sopotu do Gdyni. Na kursie gdyński wieżowiec Sea Towers

Kurs na Gdynię, mijając Redłowo (autor: C. Wawrzyński)

 

Dzień czwarty (19 lipca)

     Kolejny dzień to rejs na Hel, rozpoczęty żeglarsko gdzieś tak przed południem. Patrząc z Gdyni, port na Helu znajduje się niemal „naprzeciwko”. Zaliczyliśmy kilka godzin płynięcia (ok. 19-20 km) praktycznie jednym halsem, do portu jachtowego wchodzimy na silniku i ze zrzuconymi żaglami tuż po godz. 16-tej. Na Helu w zasadzie nic szczególnego do odnotowania. Nieczynny i pusty port wojenny, port jachtowy żyje cogodzinnym rytmem wysypywania się „turystycznej stonki” z dopływających od strony Gdańska promów. Zaliczamy więc typowe, wręcz „obowiązkowe” tu punkty programu: spacer główną ulicą, zwiedzanie stanowisk baterii artylerii nabrzeżnej oraz kąpiel w Bałtyku. Osobiście dla nas portową atrakcją staje się wejście do basenu i przybicie do kei Zawiszy Czarnego.

 

Cumowanie przy kei na Helu. Przystań jachtowa portu Hel

Postój w helskim porcie jachtowym (autor: C. Wawrzyński)

 

Dzień piąty i szósty (20 i 21 lipca)

     Nastał kolejny dzień. Postanawiamy płynąć wzdłuż Półwyspu Helskiego do najbliższego portu jachtowego. Wypływamy zatem z Helu, biorąc kurs na Jastarnię. Na wysokości Juraty spotyka nas średnio miła niespodzianka. Dopływa do nas policyjny ścigacz, zmuszając do natychmiastowego opuszczenia rejonu zamkniętego dla żeglugi. Owszem, widzieliśmy wcześniej, gdzieś na horyzoncie żółte boje, jednak nie zdawaliśmy sobie sprawy z tego, że dla bezpieczeństwa Prezydenta Lecha Kaczyńskiego zostaną zamknięte dziesiątki hektarów wód Zatoki. Zatem z przygodami, dokładając dodatkowe halsy (kilka ładnych kilometrów do planowanych 13 w linii prostej), dopływamy ostatecznie do portu w Jastarni.

 

Pomeranki - kaszubskie łodzie rybackie o napędzie żaglowym w porcie w Jastarni

Tzw. "Pomeranki" - repliki kaszubskich łodzi rybackich w porcie w Jastarni (autor: C. Wawrzyński)

 

     Baseny portowe i pomosty robią na nas niemałe wrażenie, gdyż są całkiem nowe. Nadal trwają jeszcze prace budowlane, finansowane niewątpliwie ze środków unijnych. Tu naprawdę widać myślenie o żeglarzach. W tej kaszubskiej miejscowości (dwujęzyczne tabliczki informacyjne) spędzamy dwa dni, gdyż nazajutrz nastają zupełnie bezwietrzne warunki pogodowe.

 

Dzień siódmy (22 lipca)

     Po całym dniu odpoczynku, w większości spędzonym na plażach od strony otwartego morza, stawiamy wreszcie żagle i wyruszamy w dalszą drogę, tym razem w poprzek Zatoki - do Gdańska, a konkretnie do mariny na Motławie, opodal Wyspy Spichrzów. Mamy więc do przepłynięcie ponad 30 km morskich wód Zatoki Gdańskiej, następnie około 8 km Martwej Wisły oraz 1,5 km Motławy.

    

Wycieczkowiec „Seven Seas Voyager” wypływający z Nowego Portu

Wycieczkowiec „Seven Seas Voyager” wypływający z gdańskiego Nowego Portu (autor: C. Wawrzyński)

 

     Kiedy pod koniec dnia zrzucamy żagle, uruchamiamy silnik i zaczynamy wpływać na Martwą Wisłę w Nowym Porcie, przy Westerplatte – musimy nagle zawrócić, ustępując miejsca wypływającemu na Zatokę jednemu z większych wycieczkowców świata – M/S „Seven Seas Voyager”. Napisane zostało: musimy zawrócić, choć raczej powinno być: „chcemy i zawracamy”, bo lepiej być od takiego kolosa z daleka…

     Płynąc w górę Martwej Wisły. Zbliżając się do Twierdzy Wisłoujście

Na Martwej Wiśle, pomiędzy Westerplatte i Twierdzą Wisłoujście (autor: C. Wawrzyński)

 

     Po jakimś czasie mijamy pomnik na Westerplatte, Twierdzę Wisłoujście, „martwe” nabrzeża Stoczni Gdańskiej, wpływamy na Motławę i na wysokości Żurawia i Starego Miasta cumujemy na nocleg w gdańskiej marinie. Do kei naprzeciwko wciąż zrujnowanej Wyspy Spichrzów przybiliśmy jeszcze nie tak późnym popołudniem, tak więc mieliśmy jeszcze sporo czasu na zwiedzanie pobliskiej starówki. Nasze „morskie” pływanie zbliża się zatem ku końcowi. Nazajutrz planujemy wyruszyć w drogę powrotną – na Mazury.

 

Widok z Motławy na gdańską starówkę. Zbliżając się do Żurawia i gdańskiej Mariny

Finalny cel podróży - gdański Żuraw i nabrzeża Motławy (autor: C. Wawrzyński)

 

Dzień ósmy (23 lipca)

     Nadszedł ostatni dzień naszego „słonowodnego pływania”, tym razem okres intensywnej walki z morskim żywiołem. Bierzemy powrotny kurs na ujście Wisły w Mikoszewie, przy czym wiatr stopniowo wzmaga się, osiągając wyraźnie ponad 5 stopni w skali Beauforta. Ponieważ wiatr jest północny (N), stosunkowo szybko pokonujemy 20 km, płynąc pełnym półwiatrem. Wpływając na Wisłę, po odpadnięciu, płyniemy już z olbrzymią prędkością idealnym fordewindem. Tymczasem z powodu wiatru na rzece pojawia się „cofka”, tworzą się wysokie fale pokryte bielutką pianą.

     W pewnym momencie dociera do nas, że jesteśmy w niebezpieczeństwie. Rybacy przegrodzili w poprzek sieciami dosłownie całe ujście Wisły, znaczonymi niewidocznymi dla nas w tej białej pianie kawałkami białego styropianu; zapewne uznając, że to już wody śródlądowe i nie ma potrzeby znaczyć ich flagami. Całą uwagę skupiamy więc na lawirowaniu w tychże sieciach, robiąc olbrzymią ilość zwrotów, w tym niekontrolowanych „ruf”. Nim zdążyliśmy zrzucić grota, w maszcie pękł początek likszpary, przy pięcie bomu. Odcinek Wisły pokonaliśmy w tych prawie sztormowych warunkach na samym foku, który na dodatek wyszedł z tej przygody częściowo podarty. Niestety nie był to najlepszy z możliwych moment do robienia zdjęć...

     Przed wrotami Gdańskiej Głowy kładziemy maszt, śluzujemy się i znajdujemy nocleg na brzegu początku Szkarpawy. Jutro rozpoczniemy żmudną trasę na silniku.

 

Dzień dziewiąty i dziesiąty (24 i 25 lipca)

     Wracamy do domu tą samą, znaną już nam trasą. Zajmuje ona dwa dni żeglugi, z przerwą na nocleg w Elblągu. W międzyczasie rodzi się pomysł na podróż w następnym, 2009 roku: rejs do Gdyni w początkach lipca na zlot żaglowców z okazji 100-lecia „Daru Pomorza”. Wstępnie rozważana trasa tym razem ma prowadzić przez Zalew Wiślany do Kaliningradu, następnie do Bałtijska i przez Cieśninę Pilawską, poprzez Zatokę Gdańską do Gdyni. To powinna być całkiem wyjątkowa eskapada.

     Na koniec następuje podsumowanie awarii, których doznaliśmy w czasie naszego rejsu: - połamany w części silnik, - wyłamany w części fragment masztu, - podarty żagiel. Na szczęście nie wpłynęły one bezpośrednio na nasze „zdolności żeglugowe”, a nadto ich skutki udało się naprawić wkrótce po powrocie do macierzystego portu.

 

Członkowie załogi:

  1. Cezary Wawrzyński,

  2. Kazimierz Punpur,

  3. Franciszek Siedlecki,

  4. Mirosław Żebiałowicz.

 

Cezary Wawrzyński

Ostróda, sierpień 2008 r.

 

Rejs: Ostróda - Gdynia - Hel - Gdańsk
(lipiec 2008 r.)

29 stycznia 2020